Pierwszy rozdział otwiera historię Leona — człowieka, który od lat patrzył w niebo z pytaniem, czy naprawdę jesteśmy sami. Pewnego poranka trafia na mokrą polanę za lasem. To, co tam zobaczy, stanie się początkiem drogi poza znany świat, poza Ziemię i poza wszystko, co dotąd uważał za możliwe.
Gdy wyszedłem z ostatniej linii drzew, zobaczyłem mgłę
rozlaną nad polaną tak gęsto, że prawie przykrywała ziemię. Świt
dopiero się zbierał. Niebo było jeszcze blade, bez koloru, jakby ktoś
zawiesił nad światem cienką warstwę zimnego światła. Wszystko
wydawało się stłumione. Nawet moje własne kroki.
Zatrzymałem się odruchowo.
Na środku polany coś było nie tak.
Najpierw nie umiałem określić co. Miejsce wyglądało
znajomo, a jednocześnie obco. Woda w zagłębieniach gruntu nie
odbijała nieba tak jak zwykle. Powietrze nad ziemią delikatnie
drżało, nie jak od ciepła, tylko jak od pola, którego nie widziałem,
a które wpływało na wszystko dookoła. Zrobiłem dwa kroki
naprzód i dopiero wtedy zauważyłem sylwetki.
Były nieruchome.
Cztery, może pięć. Stały pośród mgły, wysokie, smukłe,
ciemniejsze od otoczenia, ale nie całkiem czarne. Ich kształty nie
przypominały cieni rzucanych przez drzewa. Były zbyt regularne.
Zbyt wyprostowane. Zbyt spokojne.
Serce uderzyło mi mocniej, ale nie cofnąłem się.
Powinienem. To byłby najprostszy, najbardziej ludzki
odruch. Uciec do lasu, zadzwonić po kogokolwiek, wmówić sobie,
że to ludzie, że może ktoś robi głupi żart, że to jakaś ekipa z
dronem, z kamerą, z czymkolwiek, co wciąż dałoby się nazwać po
ziemsku. Tylko że ja już wtedy wiedziałem, że to nie są ludzie
To właśnie tutaj zaczyna się pierwszy kontakt — nie od wojny, nie od krzyku i nie od katastrofy, lecz od ciszy, mgły i decyzji, żeby nie uciec.